Wiersze wybrane

Mariusza Parlickiego

 

Przepis na wiersze

 

Pisanie wierszy jest jak

robienie pierogów.

 

Najpierw farsz.

 

Koniecznie dobrze doprawiony

i nie ma znaczenia

czy na słono,

czy słodko.

 

I gęsty,

musi być gęsty

i niezbyt wilgotny,

bo inaczej

wszystko się rozpadnie.

 

Ciasto wyrabiamy długo,

musi być elastyczne,

by pomieścić treść

i koniecznie lepkie.

 

Kleimy bardzo dokładnie,

dobrze dociskamy,

sprawdzamy,

czy wszystko zostało zamknięte.

 

Potem wrzucamy

na głęboką wodę.

 

Wrzenie to właściwy moment.

 

Czekamy kiedy wypłyną

i od tego momentu

liczymy czas gotowania.

 

Podajemy,

tylko te całe.

 

 

Strych

 

Warto czasami wdrapać się

na strych czaszki,

przegrzebać stare kąty,

wyciągnąć zapomniane marzenia,

odświeżyć dawne znajomości,

posklejać model rodziny,

przymierzyć

stary harcerski mundurek.

 

Warto przewietrzyć myśli,

a zwłaszcza zetrzeć grubą warstwę kurzu

z ideałów,

bo one

zależały się najbardziej

i nie przypominają wyglądem

tego,czym były.

 

Warto czasami wdrapać się

na strych czaszki

i zrobić porządki,

bo po nas

zostanie wielki bałagan,

którego już nikt

nie posprząta.

 

 

Śmierć

 

Śmierć to jest taki głupi żart,

który się kończy mało śmiesznie,

to fart, co zmienia się w niefart

zawsze przedwcześnie.

 

Śmierć to jest taki boży pstryczek,

który wyłącza zasilanie,

śmierć to jest takie jakby życie

zamknięte w kamień.

 

Śmierć to przyjaciel, co go nie ma,

autobus, który nie przyjedzie,

to nieskończony jest poemat,

droga, co w nicość wiedzie.

 

 

Istota grzechu Tantala
 

Cierpienie Tantala

wbrew dziełom histerycznych twórców

nie jest niczym niezwykłym.

 

Dzielimy je wszyscy,

a różne są tylko owoce

i drzewa,

bo ręce

są zawsze za krótkie.

 

Ważna jest nie kara,

a jej uzasadnienie.

 

Czym sobie na nią zasłużył

potomek Zeusa?

 

Naiwni mówią coś o zabójstwie syna

i o jego pitraszeniu,

a istota grzechu

tkwi w karmieniu trupem bóstwa.

 

Bez względu na czasy

bogowie pochłaniają żywych,

a zmarłych -

oddają rodzinom do pochówku,

bo nic im po nich.

 

 

W gruzach świątyni

 

Bogini ogniska domowego

przysypia nad kołyską

ostatniego swojego wyznawcy.

 

Śni o rodzinnych śniadaniach,

długich spacerach

i o wszystkich chwilach

zamkniętych w rodzinnym albumie.

 

Budzi się,

podkręca ogrzewanie.

 

Starsze dzieci

szczelnie zamknięte w pokojach.

 

Mąż na wyjeździe,

 

Dostanie od niego

kolejny magnes na lodówkę

i ciastko z samolotu.

 

Bogini domowego ogniska

omiata niezadeptane podłogi

i myśli,

dużo myśli.

 

I nic

nie może wymyślić.

 

 

Kwatera samobójców

 

Kwiatów tu trochę jakby mniej

i takie jakby trochę zwiędłe

światła przygasłe,

bardziej mdłe

i groby,

groby,

równym rzędem stoją,

a przy nich więcej łez,

wyrzutów,

czasem też przeprosin,

za zdradę,

opuszczenie,

złe

życzenia,

za to, że tych groszy

nie chciało się zapomnieć,

dać,

za słowo ostre, jak kant płyty

za sekret,

który miał być wasz,

a został wszystkim w krąg odkryty.

 

Ksiądz co nie chodził kiedyś tu

teraz przychodzi

na ostatek

i najdyskretniej

kładzie w róg

biały

jak śmierć

opłatek.

 

 

Raport z odobrzałego państwa
 

Dobro rozlało się strumieniami

po wsiach i małych miasteczkach.

Pomimo barykad ustawianych przez złych ludzi

wlewało się też do miast powyżej pięćdziesięciu tysięcy.

 

Stolica zdawała się bronić przed naporem dobra,

ale i tam zauważono strużki

podmywające zmurszałe konstrukcje.

 

Pod naporem dobra zło zanikało,

skrywało się pod jego powierzchnią.

 

Zdarzały się w końcu przypadki,

że dobro zalewało dobro,

ale i tak to dobro było lepsze,

więc płakać nie należało

 

Nie spostrzeżono momentu,

gdy już wszyscy byliśmy na dnie,

zatopieni bezmiarem dobra.

 

Śmierć, jak każda śmierć,

była nieodwracalnie przykra,

ale wódz podkreślał do końca,

że w dobrym towarzystwie,

w dobrym stylu

i dla naszego dobra.

 

 

Nie spieszno mi do raju bram

 

Nie spieszno mi do raju bram,

choć w tamtą stronę drogą,

z rozkazu Boga iść wciąż mam,

prosto, noga za nogą.

 

Podobno wygód jest tam w bród,

w kościele tak mówili,

opłaci się więc drogi trud,

a jednak moi mili...

 

Nie spieszno mi do raju bram,

choć w tamtą stronę drogą,

z rozkazu Boga iść wciąż mam,

prosto, noga za nogą.

 

Anieli tam śpiewają i

jakowiś Serafini,

ja jednak wolę widzieć, gdy

tu panny idą w mini.

 

Nie spieszno mi do raju bram,

choć w tamtą stronę drogą,

z rozkazu Boga iść wciąż mam,

prosto, noga za nogą.

 

A gdy już w końcu trafię tam,

sprawdzę na własnej skórze,

lecz nie opowiem o tym wam,

bo będę już na górze.

 

Nie spieszno mi do raju bram,

choć w tamtą stronę drogą,

z rozkazu Boga iść wciąż mam,

prosto, noga za nogą.

 

 

Ad fontes

 

Szkoda, że ciebie dziś tu nie ma,

bo tu czas w miejscu jakby stanął,

stół stoi z nakryciami trzema

i chleb wyjęty wtedy rano

 

leży. Firanki w oknach szare,

już po krochmalu nie ma śladu,

na dobre stanął też zegarek,

cicho, jak nigdy u sąsiadów.

 

Ogródek zarósł bujnym chwastem,

ale gdzieniegdzie ciągle kwiaty,

kaflowy piec nie pachnie ciastem,

brak konfitury i herbaty,

 

Czajnik choć stoi tam, gdzie zawsze

i tylko czeka kropli wody,

niech czeka. Ja tymczasem zasnę

i pośnię, że znów jestem młody.

 

 

Noc lipcowa

 

Jest noc

i tylko słychać miasto

sapiące ciężko po upale,

syczenie sennych polewaczek,

jakąś karetkę na sygnale,

za ścianą kwili noworodek,

a może to kocięta młode,

same powtórki w telewizji,

sąsiadka z góry puszcza wodę,

komar i mucha naprzemiennie

brzęczą nad moją ciężką głową

i myśli krzyczą,

nieprzyjemnie

bez ciebie jest w tę noc

lipcową.

 

 

Kiepski wybór

 

Nie pasuje do ciebie ten błękit,

nie pasuje ten błękit do ciebie.

Przecież wiesz,

więc odpowiedz

dlaczego

go wybrałaś

i jesteś

w tym niebie?

 

 

Rytm codzienności

 

Jeszcze poranne wiszą mgły,

trawniki skrzą się srebrnym szronem,

gdy wychodzimy ja i ty,

każde z nas w swoją stronę.

 

Mgły się rozwiały, słońce ciut

mizerne, ale było,

a potem zaszło, powiał chłód

i wokół się zamgliło.

 

Trawniki mokre pokrył znów

srebrzystym blaskiem szron,

a my wracamy razem tu

z przeciwnych świata stron.

 

 

Z biegiem lat

 

Z biegiem lat

starość młodnieje.

 

Starcza siwizna

staje się oznaką mądrości,

a bruzdy zmarszczek

odwzorowują przebytą siatkę dróg.

 

Nawet ten powolny krok

już tak nie irytuje,jak wtedy,

kiedy stare trzydziestolatki

uczyły nas w szkole,

by im ustąpić miejsce

w tramwaju.

 

Mogłaby przecież jeszcze pożyć

mówimy

patrząc na pożółkłą twarz matki

po osiemdziesiątce

i

głupio brzmią słowa prawnuczka,

że zmarła

bo była stara.

 

 

Poezja też się kiedyś skończy
 

Poezja też się kiedyś skończy.

Kiedy wypalę ostatniego papierosa
ujdzie z dymem.

Zostanie tylko popiół
po mnie
i po niej.

 

 

Różnie to bywa

 

Przyjeżdża osobowym z Kutna,

albo ekspresem ze Szczecina,

czasami taka jakaś smutna,

a czasem po butelce wina.

 

Wyczekiwana, albo tak

znienacka

wprost,

bez zapowiedzi,

na długie lata,

rok, lub dwa,

grzeszna,

lub prosto od spowiedzi.

 

Dumna, jak wielki paw w ogrodzie,

lub taka skromna, jak gołąbek,

z dziećmi bez ślubu,

po rozwodzie,

lub z niczym,

na dobry początek.

 

Nieuczesana,

niewyspana,

a czasem taka, jak z żurnala,

szalikiem grubym omotana,

albo zziębnięta

i bez szala.

 

Z walizką marzeń,

wielkich planów,

z ciastem, tym, które znów nie wyszło,

ze wzrokiem zatopionym w przeszłość

lub bez przeszłości,

tylko w przyszłość.

 

Witana słodką bombonierką,

lub wiechciem kwiatów,

co odstrasza,

nie ważne małą jest, czy wielką,

lecz dobrze, że jest-

miłość nasza.

 

 

Śmierć motyla

 

Już dzwonią mu konwalii dzwonki,

skrzydła rolują się,

płowieją,

jak aniołowie dwie biedronki kołują nad nim,

więc z nadzieją

na jego rychłe zmartwychwstanie...

na trawie drugie jem śniadanie.

 

 

Nad rzeką

 

W tej rzece się utopił chłopiec.

Woda go wyrzuciła na brzeg

dzisiaj o świcie.

Jest południe.

Na tłum kąpiących się znów patrzę

i wszystko zdaje się, jak wtedy,

gdy i on pływał wraz z rodziną,

i wody rzeki,

tak od biedy,

a to znów żwawo

płyną,

płyną...

 
 

Jesienna piosenka

 

Przez okno liść jesienny wpadł

i szepcze mi do ucha,

popatrz za oknem tańczy świat,

jesienna zawierucha.

 

Z łoskotem jabłka lecą z drzew,

kasztany z grubych łupin
i tylko słychać ptaka śpiew,

co został, bo był głupi.

 

Na butach błoto, w szalach wiatr,

w kieszeni dwa żołędzie,

a dookoła tańczy świat,

bo będzie to, co będzie.

 

W kominkach ogień już się tli,

herbata lgnie do rumu,a przy niej razem ja i ty

z muzyką z wiatru szumu.

 

I choć się nie chce przetrzeć mgła,

a słońce zza chmur wyleźć,

celebrujemy ty i ja

jesienne wspólne chwile,

bo choć się nie chce przetrzeć mgła,

a słońce zza chmur wyleźć,

celebrujemy ty i ja

jesienne wspólne chwile.

 

 

Litania zachwytów

 

Tę rudą plamkę z boku

po prawej,

tego pieprzyka na brzuchu,

oczy od komputera łzawe,

ucho

i dziurkę w uchu,

i pupę,to nic, że z celulitem -

kocham z zachwytem.

 

Włosy, choć mówisz, że masz odrosty,

brwi,

rzęsy,

nawet bez henny,

i temperament, co wzbudza zamęt,

albo co czasem jest senny,

i twoje nogi,

gdy do mnie wracasz,

czy myte,

czy jeszcze niemyte -

kocham z zachwytem.

 

Młodość, co przeszła

i kilogramy, co przyszły, by było coś w zamian,

twoją upartość,

twe roztrzepanie,

urwane w połowie zdania

i twoje myśli,

wciąż nieodkryte -

kocham z zachwytem.

 

I jeszcze tysiąc tysięcy rzeczy,

których już nie chcę wyliczać,

to dla mnie powód,

by cię na nowo

kochać

i by się zachwycać.

 

 

Tradycji musi stać się zadość

 

Wódka za wódką niczym woda,

sam siedzę w barze pełnym gości.

Trochę mi tej miłości szkoda,

trochę mi szkoda tej miłości.

 

Papieros tli się w popielniczce,

a w ustach drugi już się żarzy,

o tej miłości ciągle myślę,

że taka druga się nie zdarzy.

 

Pięść odcisnęła się na brodzie,

kieliszki puste, jak mieszkanie,

płacę rachunek i wychodzę...

Dość schematyczne to rozstanie.

 

 

Jesiennie

 

Parki we wszystkich barwach miodu,

w sadach sok śliwek złoci liście

jesień zagląda do ogrodu,

coraz wilgotniej, coraz mgliściej.

 

Od deszczu puchną kartofliska,

błyszczą się grzybów parasole,

zmęczone słońce słabiej błyska

i znowu dźwięczą dzwonki w szkole.

 

Jesień, seledyn wszedł w oliwkę,

żółcienie, brązy, stare złoto,

dni znowu krótsze, drogi śliskie

i pachnie chłodem, i tęsknotą.

 

 

Koniec lata

 

Do kominka rąbiemy już drwa
i bulgoczą na ogniu powidła,
w radiu mówią, że lato wciąż trwa.

Lato trwa, a mnie jesień obrzydła.

 

Nie zaczęła się jeszcze naprawdę,

a już dała się liściom we znaki,

przemoczyła w ogrodzie mi ławkę,

na południe wygnała precz ptaki.

 

Dnia zabrała już tyle, co zdrowia

szef zabiera mi w pracy co roku,

strach pomyśleć, że trzeba od nowa

smaki lata w butelce czuć soku.

 

Nie pociesza mnie przędza pajęcza,

babim latem niech cieszą się dzieci.

Coś mnie od tej jesieni odstręcza,

a tymczasem za liściem liść leci.

 

 

A kiedy mnie już nie będzie.

 

A kiedy mnie już nie będzie,

to wszystko będzie, jak dawniej,

czasami smutniej i ciemniej,

czasami jaśniej zabawniej.

 

A czasem będzie dokładnie 

tak, jak gdy teraz to piszę,

świat będzie toczył się gwarnie,

tylko go już nie usłyszę.

 

 

Poezja jest naprawdę ważna
 

Wiersze są jak uśmiech sąsiadki z naprzeciwka 
spotkanej po drodze do zsypu na śmieci
lub jak łzy koleżanki z pracy,
której zdechł pies
po czternastu latach.

 

Te ważne fragmenty życia,
niestety przesłania konieczność
zrobienia zakupów na proszoną kolację
i zaniesienia butów do reklamacji.

 

Czasami wiersze wracają
choć nie wiadomo dokładnie,
czy sąsiadka to była,
czy sąsiad
i ile lat przeżył pies
koleżanki.

 

Są jednak też takie,

które zostają z nami na zawsze,

jak żona poznana na proszonej kolacji

i

radość z udanej reklamacji,

której nie powinien nikt uznać.

 

 

Dwa ognie

 

Sygnałem do rozpoczęcia gry

była syrena

zwiastująca strajk w stoczni

a może katastrofę samolotu

czy jakiś marsz lub protest

przeciwko albo w obronie

 

piłka zaczęła latać

obijając to tego to tamtego

po łokciach

kolanach

tyłku

nerkach

i głowie

 

zbici w milczeniu schodzili z boiska

a gra toczyła się nadal

 

każdy z graczy rozpamiętując zbitych z własnej drużyny

ciskał z coraz to większym impetem 

piłkę w przeciwnika

 

to była kwestia czasu

gdy do gry włączyli się kibice

 

piłkę zastąpiły kamienie

a zbitych 

zabici.

 

 

Wybór tematu

 

Pamięci Piotra Szczęsnego

 

Mógłbym napisać wiersz o musze

uwięzionej na wieki 

w bursztynie

 

rozpaczać nad jej przerwanym lotem

 

albo wiersz 

o tajemniczym australopiteku 

przetrzymywanym w gablocie 

Muzeum Historii Naturalnej

 

nie musiałbym się wówczas mierzyć

z problemem pewnego starszego pana

aspirującego do miana 

emerytowanego zbawcy narodu

 

pozostaje jednak pytanie

 

co mucha i australopitek

obchodzą zwykłego szarego człowieka

wdeptywanego w ziemię

stopami starego "zbawcy"?

 

 

Dobroczyńca

 

 

To prawda

muszę przyznać

sprzedałem Żydowi chleb

za pięciokrotność czarnorynkowej ceny

ale jeszcze był dosyć świeży

i z niezapleśniałego ziarna

 

ryzykowałem życiem

by mógł sobie pojeść 

jak człowieka

to musiało kosztować

 

kiedy kilka dni później 

konał z głodu

do kogo jak do kogo

ale do mnie 

na pewno nie miał żalu.

 

 

Pranie mózgu

 

Należy zacząć od namaczania

wiadro pomyj tu będzie jak znalazł

 

mózg ugniatamy 

i pozwalamy mu się nasączyć

 

nie idzie

to ugniatamy aż pójdzie

 

wsypujemy słuszną miarę detergentu

tak na oko jakieś pięćset plus

 

powinno wystarczyć

 

i dalej ugniatamy 

zaczynając przy tym pocierać

 

wynurzamy

 

podtapiamy

 

i znowu wynurzamy

by mózg pojął różnicę

i puścił wszystkie brudy

do których się zdążył przywiązać

 

potem już tylko płukanie

w wodzie 

wodzie 

wodzie

lejącej się strumieniami

z narodowego telewizora

i radioodbiornika

 

na koniec mocno wyżąć

wstrząsnąć

i pozostawić do obsuszenia

 

czynności w razie potrzeby

powtarzać zgodnie z instrukcją

aż do uzyskania na trwałe

dobrej zmiany.

 

 

Sytuacja graniczna

 

Kiedy rzekomo wybitna poetka

znajoma czterech tysięcy

dziewięciuset

dziewięćdziesięciu

pięciu

osób
na fejsbuku

zauważa że jej posty 
trafiają w gusta zaledwie kilkunastu

zaczyna ekstatycznie potrząsać ciałem
w rytm wyszukanej muzyki

stroić podejrzanie niemądre miny
i obnażać się
jakby tworząc

 

jej pustą ciemną kuchnię

rozświetla tylko chłodne światło smartfonu,

na którym rozpaczliwie wypatruje

powiadomień,że ktoś ją polubił

 

wtedy jakby znienacka

staje w prawdzie wobec siebie samej

i powinna czym prędzej

wcisnąć przycisk - wyloguj.

 

 

Puszka
 

Zwolennicy teorii spiskowych

myląc przyczyny i skutki,

głoszą światu od wieków,

że domem wszelkich nieszczęść

jest pewna gliniana beczka,

nieopatrznie otwarta

przez zgubnie piękną Pandorę

i wstecz myślącego jej męża.

 

Niechętni są, by przyznać,

że owa beczka po brzegi

wypełniona została
szarymi komórkami,

w których zaczęły się gnieździć

najbardziej szczytne wartości.

 

Miłość - taka na zabój,

prawda - nielicząca się z niczym,

wiara - co góry przenosi,

tolerancja - bez granic,

szczerość - do bólu,

piękno - niepodważalne,

czy przekonania - niezłomne.

 

Kiedy odważnie kroczę

jedynie słuszną drogą,

depcząc rozważny umiar,

nadzieja na dnie beczki

umiera bezpotomnie.

 

 

Perspektywa
 

Oko w oko z Bogiem

rozwieszonym na kilkumetrowym krzyżu 
w gotyckiej katedrze

 

miłosierne spojrzenie

na garstkę ludzi

stojących w kruchcie

 

tłum stłoczony u stóp otłtarza

widzi jedynie strugi krwi

zgodnie z prawem ciążenia

spływające po ciele 

na samo dno.



Villanella o wschodzie słońca

 

Gdy twój oddech otula me ramię o świcie,

a rzęs trzepot łaskocze rozkosznie policzek,

jakże kocham i ciebie, i ranek, i życie.

 

Ach, rozpływam się cały w szczęściu i zachwycie,

i rozpala mnie pierwszy słoneczny promyczek,

gdy twój oddech otula me ramię o świcie.

 

Wzrok zanurzam w twych oczu i nieba błękicie,

i radosny gwar słyszę zbudzonych uliczek,

jakże kocham i ciebie, i ranek, i życie.

 

Już na jutrznię z kościoła dzwonu słychać bicie

i odgłosy skowronków na trele potyczek,

gdy twój oddech otula me ramię o świcie.

 

Choćby po tym poranku było gradobicie,

a z koryta by senny wystąpił strumyczek

jakże kocham i ciebie, i ranek, i życie.

 

A gdy przyjdzie ta chwila zatraty w niebycie

obraz twój przyćmi wszystkie twoich poprzedniczek.

Gdy twój oddech otula me ramię o świcie,

jakże kocham i ciebie, i ranek, i życie.

 

 

Metamorfoza

 

Bursztynowy miąższ śliwki węgierki

w nim inkluzja w postaci robaka

w żołądku ptaka.

 

 

Emigracja wewnętrzna

 

Nie mogąc dłużej wychodzić z siebie

i słuchać nowin coraz to lepszych

postanowiłem do siebie wrócić

 

w zaistniałych okolicznościach

normalny powrót nie był niestety możliwy

 

trzeba było podjąć dramatyczną decyzję

o emigracji

o desperackiej ucieczce 

do własnych myśli

o własnych sprawach 

i o zajęciach tak skromnych,

że nieistotnych dla budowniczych 

nowego dobra

nowej prawdy 

i piękna w zupełnie nowej odsłonie

 

czarny telewizor na białej ścianie salonu

stał się teraz inną wariacją 

jakby obrazem Malewicza

 

gazetami uszczelniłem okna

i zabezpieczyłem szafki przed kurzem

 

uczyłem się nowego języka -

ja

mi

mnie

mój

moje

siebie

sobie 

o sobie

 

mój dom

mój kraj

moje czekanie 

z moją nadzieją

na wasz niechybny upadek.

 

 

Edukacja kulturalna

 

Piszę wiersz o nożu 

ze stali damasceńskiej

połyskującym jak zęby rosyjskich handlarek

 

wiersz o nożu twardym

jak prawa szariatu

 

mięso oddzielam od kości

ścięgna nie stawiają oporu

 

nóż doskonały

wiersz doskonały

i tylko ten brak czytelników

skrobiących ziemniaki

obieraczką z "Biedronki".

 

 

Ślepcy

 

Marchewka suwerenowi

wyciągniętemu z kapelusza 

za uszy

po prostu się należała

 

rzeźnikowi zaoferowano 

stanowisko neurochirurga

nie wahał się go przyjąć

 

wolne sądy 

przestały nareszcie być wolne

bezwolność okazała się dobrą zmianą

 

z zagranicznych depesz

zniknęły polskie obozy

poza jednym wielkim narodowo-radykalnym

 

na końcu drogi

nad urwiskiem

krok do przodu

narodu.

 

 

Sztywne zasady

 

Od tylu lat,

jak światem świat,

tak brata brat -

szach-mat.

 

I ten szach-mat

buduje ład,

jak światem świat,

od tylu lat.

 

Rad, czy nie rad -

szach-mat,

szach-mat.

 

 

O włos

 

otarłem się o śmierć
i odarłem ze złudzeń
że jutro przychodzi
po każdym dzisiaj

 

tak jak to było
od czterdziestu trzech lat
mojego życia

 

okazuje się
że jutro przychodzi
jak zechce
gdy zechce
jeśli zechce
lecz nie ja
a Ten
którego istnienie
wydawało mi się czasem mniej pewne
niż nadejście jutra.



Wszyscy Święci

 

Od rzeczy zagubionych,
od spraw beznadziejnych,
od dzieciątka i krzyża,
od miłości,
mądrości,
pieniędzy 
i łowów.

 

Wszyscy Święci
od siedmiu boleści
i tysiąca innych problemów.

 

Bez ich orędowania
wszystkie byłyby takie
codzienne, 
szare
i beznadziejne,
jak pierwszy listopada,
co nie byłby świętem.

 

Jak greccy i rzymscy bogowie 
i bożki,
w kościołach i kaplicach
pod swoim wezwaniem,
na papierowych obrazkach
i płótnach wielkich mistrzów.

 

Czekają,
słuchają,
obiecują 
przedstawienie sprawy
w możliwie szybkim terminie.

 

 

Orientacja

 

Nie zaglądam panom do łóżka,
ani paniom. 
I państwu nie patrzę 
pod kołderkę, 
gdy waszą poezję czytam w ciszy.

 

Ach proszę wybaczcie mą nieczułość 
na strofę gejowską,
na lesbijkie widzenie świata,
heteryczną poezję - "proboską".

 

Orientacja wasza mi lata.

 

Czytam wiersze.

 

Gdy dobre się cieszę, 
bo gdy złe 
bierze mnie na wymioty.

 

Tolerancją przy głupich 
nie grzeszę!

 

Orientacja nieważna idioty,
jak nieważna jest też orientacja
tych, co podziw wzbudzają
poezją,
bo do łóżka się kładę z ich wierszem,
i na sercu mi wiersze ich leżą.



Ambitne zamierzenia

 

Zło zwyciężę dobrem

herbatę posłodzę solą

ziemniaki posolę estragonem

nienawiść pokonam miłością

 

a potem

napiszę o tym klasyczny wiersz

prozą.

 

 

Dziewczyny
 

Dawne dziewczyny
takie z krwi i kości
z tłuszczykiem i kością
jak szynki wielkanocne

 

zesznurowane gorsetem
jak szynki wielkanocne

 

wystane 
wyproszone
zdobyte
jak szynki wielkanocne

 

odeszły z tego świata 
jak szynki wielkanocne.

 

Dzisiejsze dziewczyny
mają słabe wyniki krwi
i kruche kości

 

tłuszczyk zwalczają skutecznie 
lub na próżno

 

sznurują się 
umowami o prace
z korporacjami wiodącymi w branży

 

na Wielkanoc
wyjeżdżają na Wyspy Kanaryjskie
i jedzą chude króliki.

 

Dzisiejsze dziewczyny
nie mają nic z szynek wielkanocnych.

 

Gdy odejdą

przyszli poeci wymyślą
stosowne porównanie.

 

 

Marcin
 

Prawdziwy poeta pali i pisze
pali 
i pisze wiersze
caro lub extra mocne
a wiersze 
tylko mocne

 

prawdziwy poeta kocha
na zabój na niby 
na łóżku i na podłodze
a potem 
jak przedtem pali
caro lub extra mocne

 

prawdziwy poeta chodzi po kuchni
gotuje i pali
żeby mieć o czym pisać
żeby mieć o czym śpiewać
żeby mieć za co palić
caro lub extra mocne.



Na starych śmieciach

 

coraz częściej chodzę na spacer

na podwórka mojego dzieciństwa

 

w labiryncie garaży

bezskutecznie szukam

fiata yellow bahama

przywodzącego na myśl

wspomnienie

bożonarodzeniowej pomarańczy

jedzonej cząstka po cząstce

z grubą warstwą albedo

 

wszystko wokół niby podobne

tylko bardziej czyste i ciche

 

próżno w twarzach zmęczonych kobiet

wypatruję dziewczyn z trzepaka

i na próżno wsparty o trzepak

czekam ojca co przynieść ma dywan

 

 

Śmierć poety

 

śmierć przyjdzie między wierszami
czyniąc ostatnim ten
który czekał na lepszą pointę
i nigdy nienapisanym 
ułożony w głowie do końca

 

w krainie łagodnych epitetów
skrzydlate metafory
rymy idealnie dokładne
i tylko jeden brak 
nieznośny brak przerzutni 
do kolejnego wersu



Nim wejdę w nowe tysiąclecie

 

Nim wejdę w nowe tysiąclecie

barwne jak wielki supermarket,

w którym co chcecie, to znajdziecie,

gdy macie magnetyczną kartę

do bankomatu, co się błyszczy

niczym kościoła dach miedziany,

nim wejdę w nowe tysiąclecie

wspaniałe takie, jak reklamy

proszków do prania i margaryn,

co mają smak wiejskiego masła,

nim wejdę w nowe tysiąclecie

słodkie, jak ze słodzikiem ciasta,

lekkie, jak sztuczny puch i miłe,

jak miła jest owieczka Dolly,

w to tysiąclecie wielkiej sztuki

na miarę puszki coca-coli...

to pragnę chwilę powspominać

miniony wiek, minione smutki,

a na pamiątkę chcę zatrzymać

smak najzwyklejszej żytniej wódki.

 

 

Resentymenty

 

Z rozrzewnieniem będę wspominał

Me dzieciństwo, drewnianą procę,

Zapach szynki kupionej spod lady

W sklepie, w którym tylko był ocet.

 

Smak czekolad czekoladopodobnych,

Bladą szarość opakowań zastępczych,

Czas gdy każdy ciuch dobry był modny,

A dżins polski był strojem odświętnym.

 

 

***

 

to nic

że wszystko to nic

nic więcej nie chcę prócz tego

mojego nic

i za nic

nic a nic nie dam wam z niego

 

 

***

 

Moje biurko jest raczej zwyczajne,

Zbite z desek i płyty wiórowej,

Ma zwyczajną biurkową barwę

I zwyczajne półki biurkowe.

 

Coś go jednak wyróżnia od innych

Biurek szarych jak szara codzienność.

Może to, że go nikt nie opróżnia,

Może to, że starzeje się ze mną?

 

 

Nasi znajomi z zaświatów

 

zaglądają przez dziurkę od klucza

nasłuchują długo przy ścianie

bezszelestnie chodzą na palcach

gdy zapala się światło znikają

 

nic nie mówią

nie kaszlą

i oddech

mają taki że wcale nie słychać

 

są a jednak ich nie zobaczysz

nie powiedzą ci nic

gdy zapytasz

 

pamiętają dobrze te miejsca

w których niegdyś często bywali

 

znają każdą nogę od krzesła

każdy rondel

kubek

czy talerz

 

i czasami

by dowieść nieufnym

że są formą bożego bytu

zapychają nocą zlew w kuchni

lub rzucają sprzętami na strychu

 

 

***

 

Młodzi ludzie walczą ze strachem

Jak potrafią, prosto lecz sprawnie.

Leczą z niego staruszki, sąsiadów,

Czyli tego, na kogo wypadnie.

 

Strach ma oczy wyraźne i szkliste,

I źrenice ogromnie duże,

Jak przy febrze drżą jego ręce,

A z ust głosu wydobyć nie umie.

 

Krew mu prawie rozrywa tętnice,

Jego włosy siwieją w minucie,

Nogi monstrum ma niczym z waty

I choć chce, to nie może uciec.

 

Młodzi ludzie walczą ze strachem

Bardzo sprawnie, naprawdę mi wierzcie.

Nóż kuchenny, pałka, czy kastet,

To wystarczy, by zabić bestię.

 

 

Gdybyś była...

 

Mojej żonie Ani

 

Gdybyś była melodią - bym nucił,

Gdybyś deszczem była - bym moknął,

Albo snem – to bym się nie obudził

I bym kwiatem był – jeśli ty wiosną.

 

Gdybyś była wyznaniem – bym wierzył,

Gdybyś była nadzieją – bym czekał,

I bym spłonął – gdybyś była płomieniem,

A gdy morzem – wpadłbym w ciebie jak rzeka.

 

 

***

 

biczem wiatru po twarzy dostaję co rano

mróz za gardło mnie chwyta

śnieg maskuje drogi

i miecz połyskuje – ten sopel złowrogi

zawieszony nad głową

na głowę mą czyha

 

 

Staruszka

 

Coraz częściej zaczynała się gubić

W sprawach prostych

Nie mówiąc o trudnych

 

Coraz częściej zaczynała ich nudzić

Coraz gorzej skrywały pudry

Ślady czasu co żłobił jej ciało

Niczym górski strumień piaskowiec

 

Coraz mętniej patrzyła na życie

Coraz rzadziej

 

ciężar jej powiek chronił oczy

przed większym ciężarem

czasem lepiej niczego nie widzieć

 

Śmierć nie mogła spojrzeć jej w oczy

W myślach snuła minione życie

 

 

***

 

dziś wczoraj

jest bliżej

niż jutro

 

pojutrze

nie istnieje

 

 

Splin

 

i jestem tu

i mnie tu nie ma

 

tandetna proza

mdły poemat

wszystko

a może nic

 

po głowie biegną głupie myśli

noc senna

lecz się sen nie przyśni

za szybą blady świt

 

poranek wchodzi nieporadnie

jak małe dziecko

które kradnie
w spiżarce słodki miód

 

a ja nie wstaję

bo i po co

 

i noc i dzień

jest dla mnie nocą

czas płynie morzem trwóg

 

i znowu zmrok

 

po parapecie

strumienie deszczu płyną

 

dokoła cisza

wczoraj

dzisiaj

tak samo dzień mi minął

 

 

Niezwykły dzień

 

To nie był zwykły dzień tygodnia,

Choć całkiem zaczął się zwyczajnie.

Śniadanie – kawa i papieros,

A potem prysznic w kucki w wannie.

 

Przystanek, tłoczny autobus

I osiem godzin w szarym biurze.

Po pracy ktoś w markowym aucie

Rozbryzgał na mą twarz kałużę.

 

Obiad – jak co dzień z mikrofali,

Herbata podła, jak sąsiadka,

Potem jak zawsze mycie naczyń,

Aż tu mi nagle zlew się zatkał.

 

Kolacja – nie ma nic w lodówce,

Tak samo jak w telewizorze,

Więc jeszcze tylko mycie zębów

I choć nie usnę, się położę.

 

A leząc jeszcze puszczę dymka,

Policzę stare dziury w ścianie

Pogadam z Bogiem, w pamiętniku

Napiszę dnia podsumowanie.

 

Ten dzień piękniejszy był od innych

Szarych i smutnych dni tygodnia,

Bo zlew nie co dzień się zapycha

I twarzy w błocie nie mam co dnia.

 

 

Niezwykłe wydarzenie

 

Na zapomnianym peronie,

Na stacji w Wielgomłynach,

Usiadła na ławce dworcowej

Doprawdy niezwykła dziewczyna.

 

Widok jej oczu i włosów

Ożywił nawet dróżnika,

Który w swej budce dróżniczej

Nad szklanką kawy przysypiał.

 

Wtem, nie wiadomo dokładnie,

Jak to się stało możliwe,

Pociąg, co nie był w rozkładzie 

Przyjechał i zabrał dziewczynę.

 

Zostało po niej wspomnienie

Tak krótkie, jak jej spódniczka

Oraz chwilowy rumieniec

Na czerstwych dróżnika policzkach

 

 

***

 

nie złorzecz

nie wiń Apollina

że ten z Marsjasza obdarł skórę

bóg mocny jest

i bóg jest bogiem

a ten kto bogiem ma naturę

srogiego wichru

wód wzburzonych

ognia błyskawic

i płomieni

słońca

 

a człowiek to jest człowiek

i źle gdy na ubitej ziemi

staje do walki ze swym panem

który chociażby nut nie czytał

i nie miał słuchu

był pniem głuchym

to człowiek winien mu w zachwytach

pokłony niskie u stóp składać

zaś swoją lirę złożyć w skrzyni

 

nie złorzecz

nie wiń Apollina

bóg chociaż winny

jest bez winy

 

 

Na kolędzie

 

Zapytała Zosia księdza na kolędzie:
- Czy na tamtym świecie, lepiej niż tu będzie,

I czy tak w ogóle warto mieć nadzieję,
Że prócz tego świata, ten lepszy istnieje.

 

Ksiądz, co w tych tematach czuje się, jak ryba,
Odpowiedział: - Zosiu, lepiej będzie, chyba.

Bo chyba istnieje prócz tego padołu
Świat zapowiadany w tysiącach kościołów.

 

Chyba, bo na pewno nie wie, bądźmy szczerzy,
Chyba, ale chyba warto jest w to wierzyć

I tak chyba wierzy świat przez pokolenia,
Bo łatwiej niż: - żegnaj, mówić: - do widzenia.

 

 

Życie

 

czasem przecieka mi przez palce
płynie jak woda
rurą
kranem

 

póki ma płynną konsystencję
ciekawe jest
bo nieskopane

 

a gdy wysączy się do reszty
kropla za kroplą
kap
kap
skapnie
to gdybym mógł
to bym wychłeptał
raz jeszcze
krople te
ostatnie

 

 

W wiśniowym sadzie
 

gdy karminowa kropla
cierpkosłodkiego soku
spływa z kącika ust
żlebem zmarszczki
przez nierówne zakole brody
i opada na
serce

ona ciska pestkę
i klątwę na szpaki
jakby chciała obwinić nienażartych złodziei
że do niej
zbliża się
jesień

 

 

Wreszcie

 

wreszcie udało jej się umrzeć

trzeba przyznać nie było łatwo


tygodnie nieudanych prób
teatralnych występów
wywracania oczami
omdleń
dygotań
i jęków

kurczowe uściski przypadkowych widzów
i znużonej stałej publiczności

nie tak
nie tak się to robi
mówiła stara salowa

trzeba spokojniej
ciszej
bez tego nerwowego machania rękami
na pożegnanie

kiedy niepostrzeżenie
między nocną a dzienną zmianą
wreszcie udało jej się umrzeć
przystawione do ust lusterko
ukazało niezmącony obraz
zastygłego oddechu ulgi

 

salowa nie kryła uznania

wreszcie

 

 

Dwaj poeci

 

Piewca śmierci, rozpaczy i gniewu
Z piewcą życia, radości, pogody
Dziwnym trafem spotkali się, żeby
Poetyckie rozegrać zawody.

 

Przycupnęli na łące pod miastem,
Wyciągnęli swe pióra, kajety
Wprawnie w strofy splatają już wersy...
I to koniec podobieństw, (nie)stety.

 

Choć patrzyli na łąkę tę samą,
I bociana, co brodził przy stawie
Jeden widział wnet łąkę ścinaną,
A ten drugi - śniadanie na trawie.

 

Pierwszy mroczną mgłę, która spowija
Okolicę wilgotną, morową,
Drugi też mgłę, lecz tę, co owija
Morze łąk otuliną perłową.

 

Gdy skończyli pisanie swych wierszy,
Jak przystało, zasiedli do wódki,
I ten drugi się upił ze szczęścia,
Gdy ten pierwszy się upił za smutki.

 

Werdykt Jury wyłonił zwycięzce
Dwaj poeci wygrali ex aequo,
Bo na łące tej bardzo jest zimno,
Chyba że bardzo zrobi się ciepło.

 

 

Proces

 

proces ostatniej czarownicy
na pewno się jeszcze nie odbył

 

chwilowy zastój w tym względzie
trzeba wnet będzie nadrobić

 

na razie ze stosu kandydatek
wyłuskać należy tę jedną

 

czym bardziej będzie mądra
tym łatwiej w oczach głupców 
można ją będzie ośmieszyć

 

i piękna musi być piękna
bo takim pluć i złorzeczyć
to cnota i powód do dumy

 

obrońcy jeżeli się znajdą
my potem też ich znajdziemy

 

prawo łaski zostawiamy dla siebie
tak na wszelki wypadek
gdyby przypadkiem z popiołu
zaczęła kiełkować prawda

 

kiedy zwęglone szczątki
dogasać będą pod wieczór
ostatni płomień ugasi
nieznośne pragnienie buntu

 

 

List wakacyjny z Mikołajek


Ósmy dzień leje w Mikołajkach
i ja zalany wciąż w tawernie.
Dziś zjadłem bekon na dwóch jajkach,
sześć piw wypiłem i trwam dzielnie.


Czekam, bo ma się wypogodzić,
przynajmniej są prognozy takie,
a jeśli nie, to nic nie szkodzi,
bo zżyłem się ze swym sztormiakiem.


Czekam, a dookoła leje,
tam biały szkwał, tu piorun błyska,
zziębnięta młodzież śpiewa "Keję",
piw już nie piję, lepsza - czysta.


Żagle są mokre niczym mopy,
błoto, kałuże nie do wiary,
w krąg chwieją się mazurskie chłopy
i potopiły się komary.


Pytasz mnie w liście, czy żałuję,
że nie ma Ciebie tutaj ze mną.
Nie, nie żałuję. Gdybyś była,
byłabyś bardzo nieprzyjemną.


Bo Ty kochanie nie przywykłaś
w lipcu do takich anomalii.
a ja też bym nie umiał wytrwać
jak Ty na plaży w tej Italii,


Więc pozostańmy, ja w tawernie,
Ty na leżaku i z mojito,
Wypoć się za mnie, a ja zziębnę
za Ciebie. Kocham Cię, finito.


 

Samotność w górach

 

Mgły poranne zasnuły schronisko,
a ja z kubkiem z gorącą herbatą
patrzę w nocne, dogasłe ognisko,
nostalgiczne jest w górach to lato.

 

Tam w oddali, gdzie srebrzą się świerki,
gdy zza chmury się słońce przedziera,
drżą na igłach srebrzyste kropelki
rosy, która powoli zamiera.

 

Spakowany już plecak przy nodze,
dosyć ciężki, jak bagaż doświadczeń,
który czasem pomaga mi w drodze,
czasem ciąży. Na zdjęcie Twe patrzę.

 

I się pytam wpatrzony w Twe oczy,
których błękit nie równa się z niczym:
- czym mnie jeszcze Ty w życiu zaskoczysz,
z jakich natchnień, czy z jakich to przyczyn?.

 

Przecież razem mieliśmy w te góry
ruszyć szlakiem tym łatwym lub trudnym,
a tymczasem sam idę ponury,
smutno patrząc na świat taki cudny.

 

Trzeba ruszać, bo słońce już wyszło,
i już ze snu w krąg budzi się życie,
już po łąkach rozeszły się owce,
i już beczą, a mnie chce się ryczeć.

 

 

Droga

 

Droga złażona tak, jak buty,
i tak dziurawa, jak i one,
ot taka w sam raz dla pokuty,
wiedzie w nieznaną świata stronę.

 

Dokoła jakbyś makiem zasiał,
cicho, nie psuje nic wrażenia,
jakby ta droga wiodła prosto
do kresu w świecie tym istnienia.

 

Myśl jedna mąci inne myśli,
w mej głowie, gdy w dolinę ciemną
wchodzę: - gdzie teraz są ci wszyscy, 
co przeszli drogę tą przede mną?.

 

Pytanie to bez odpowiedzi
w przydrożnym gubi się ruczaju,
a ja się zbliżam wciąż do kresu
tej drogi, w piekle, albo w raju.

 

 

Wiersze dojrzałych poetów

 

Wiersze dojrzałych poetów
obrastają tłuszczem metafor


gdzie nie spojrzeć
nawiązania
i to tylko
do tych najlepszych


wiersze dojrzałych poetów
wypchane są zwykle bóstwami


to tylko potwierdza fakt
przynależności poety
do literackiej organizacji
i śródziemnomorskiego kręgu kultury


a poza tym na dowód


fotoreportaż z hotelu na Santorini 
i ksero legitymacji


pod obwisłymi fałdami
mistrzowskiego kunsztu
skrywa się banalny szkielet wiersza 
napisanego przez nastoletniego ucznia liceum
dla dziewczyny
spotkanej w autobusie linii 7
o 14:56
w czwartek 12 grudnia
w roku 
w którym ćwiartka chleba
w sklepie Społem
była najlepszym fast foodem


tak więc


choć włosy dziewczyny z rudych
stały się teraz miedziane
nie pachną już pożądaniem
jakiejś kolejnej strofy

 

 

Chemia


Z głowy sypią się włosy
jak z kwiatów płatki
w procesji Bożego Ciała


ciało - świątynia Boga
wypełnione bólem
wyczekiwania
na objawienie
jednej z dwóch największych tajemnic

żarliwie modlitwy
przeplatane spazmatycznym płaczem

perspektywa zawężona do jutra
do jutra
i jutra

a na tej procesji
to zza chmur wyszło słońce
i było tak jasno
i ciepło
i miło.

Copyright © Mariusz Parlicki 2016 -2019

Designed by Mariusz Parlicki 2016 -2019